17 sierpnia 2011

Uuuu la la la.. Zapowiedzi.

Parę tygodni mnie nie było. A to wakacje, drugie wakacje.. praca , rybki,krewetki.. Jednym słowem : Przepraszam!

Taka myśl dziś mnie naszła ,iż gotowanie tak naprawdę to umiejętność wnikliwego czytania cudzych przepisów i "odgapiania" ich.. Co mądrzejsi bądź bardziej znani kucharze co prawda mówią o "inspiracji płynącej z publikacji kulinarnych" .. no ale.. Coś w tym jest!
Taka myśl naszła mnie nie bez powodu. Bo kolejne trzy przepisy trzepły mnie swą inspiracją po przeczytaniu magazynu Kuchnia. Skądinąd bardzo zacnego i fajnie obfoconego.

Zapowiadam Wam zatem!!
- lekkość swą wdzięczną deserku co z zielonej herbaty ,opuncji figowej i śmietany się składać będzię
- aromatyczność nie-boską Tarty z kurkami i dodatkami
- kruchość z soczystością nieznośną pomieszaną w polędwiczce wieprzowej na zielona ba borowikach leżącej.

Będzię naprawdę aromatycznie, lekko , wykwintnie i bardzo smacznie:)
Postaram się przepisy dodać jak najszybciej. W tym roku na pewno :P

Buźka!

18 kwietnia 2011

Steka skuteczne przyrządzenie ! Czyli wielkomiejski stek po mojemu z warzywami jak kto chce:)

Stek to świetne mięsiwo.
Proste toto jak tory kolejowe, choć obrośnięte mitami jak moje akwariowe roślinki glonami.
Tak naprawdę przygotowanie solidnego i smakowitego steka jest bardzo proste - pod warunkiem ,że zachowamy kilka podstawowych zasad.
Jedyną trudność w poniższym daniu jaką widzę to ewentualna niemożność objęcia percepcją wzrokowo-ruchową dwóch czynności na raz : mianowicie smażenia steka i równoczesnego grillowania warzyw.

Dziś "pierdykniemy" sobie zwyczajnego steka z kruszonym pieprzem w bliskiej obecności z grilowaną marchewuńką i szapargówką. Szparagówka - toć to piękna nazwa.! Do mięcha i warzyw dodatkiem będzie pospolity kartofel w formie wysoce przetworzonej.
Najważniejszym zaś "kwintesencjum" tej potrawy jest polędwica wołowa - i dlategóż dopuszczam ewentualne inne dodatki, albo i np przesmażenie warzyw czy inne podanie kartofla co przetworzony wysoce będzie.



Pare zasad dotyczacych skutecznego steka:
- mięso - mięso być musi dobre  i basta! jeśli lubicie eksperymenty to kombinujcie z różnymi częsciami wołowiny - ja eksperymentów nie lubie i zawsze używam świeżej polędwicy wołowej.

- patelnia - mieć podwójne dno powinna, bo patelnia bez podwójnego dna to po prostu koszmar,dupa i zemsta putina jest!
W ten podwójnym dnie zupełnie nie chodzi o to iżby podwójne sobie było. Zwyczajnie chodzi o możliwość solidnego nagrzania patelni - kiedyś dawały nam to żeliwne patelnie - dziś zazwyczaj z podwójnym dnem. Nie polecam ani cienkich blaszanych patelni, ani teflonowych - bo teflon to może na statkach kosmicznych potrzebny jest a nie w kuchni..

- masło - masło jest niezbędne i koniec dyskusji. Masło klarowane jest wręcz organicznie potrzebne by steka wartościowo i w kulminacyjnym momencie pięknie przypalić.

- sól. To dosyć istotne by po sól sięgać w ściśle określonych, w tekscie poniżej podanych, momentach - ani wcześniej ani później.

Stek z polędwicy wołowej z grilowanymi warzywami i lekkim puree maślanym. I zaprawdeż powiadam wam smakowity będzie!!

zapotrzebunki zakupowe:
- polędwica wołowa, najlepiej na grubość dwóch palców- takich średnich palców..żeby mi ktoś paluchów jakichś potężnych nie przystawiał..
- masło klarowane 3-4 łyżki
- ok pół kostki zwykłego masła
- mała marchewka w ilości zaspokajającej
- fasolla szparagolla - jak wyżej
- ziemniak obrany,ugotowany i ubity , czyli OUU Potato.
- ew siekana natka pietruszki
- pieprz kruszony, ew grubo mielony - świeżo dodam, bo polędwica półśrodków nie lubi :P
- yżka octu (winnego najlepiej)

- budzik lub inny czasomierz ze słyszalnym syngnałem
- patelnia mocna i stabilna
- patelnia do grillowania ewentuuuuualnie grill elektryczny
- forma do formowania, zwana formerką kartoflaną (taki performansik sobie na talerzu zrobimy, żeby domowników zadziwić - bo co jak co, ale kucharz zadziwiać powinien!). Formerka służyć będzie do uformowania z papy kartoflanej krążka. Takiego jak w hokeju :)
 Foremkę oną można zakupić w specjalistycznym sklepie "wszystko za pińć złotych" albo zwyczajnie sobie zrobić np z obciętego opakowania po serku wiejskim. Albo jogurcie. No po danonkach to raczej nie. Ale już np. pudełko po marygarynie "masło rośłinne" się by nadało. Od biedy nawet platikowa butelka bo małym napoju. Dość tych pomysłów - musicie sobie dać jakoś radę :P

Opisze teraz Wam danie - żebyście psychicznie przygotowan byli na to wyzwanie smakowe:)
Praktycznie większość czasu ,który zbarłożymy przy garnkach musimy poświęcić warzywom. Wstepnie je obrobić i przygotować do konsumpcji. Reszta - czyli stek- naprawdę prosta jest jak młócenie zboża i jeśli tylko będziecie się mła persona słuchać to żadna krzywda się nie stanie.

Do noży zatem!!

1.Zaczynamy od obrania kartofli. Kartofla potrzebujemy następnie wrzucić do lekko osolonej wody i zwyczajnie ugotować. A następnie ubić. Dokładnie i z mozołoem - i niech sobie stygnie.



2. Marchewka. Jeśli macie marchewki dokładnie takie o jakie chodziło, czyli mniej więcej takie :

to jesteście uratowani. Mała marchewka ma swój klimat i smaczek.. Jeśli zaś macie przerośnięte marchewy z tesco to już wasz problem i należało by coś wymyśleć.
Marchewki trzeba wyczyścić - w sensie podmyć i wydłubać co tam niefajnego w marchewce jest - tzn to czego spożyć byście nie chcieli.



W garneczku zawrzamy wodę i z takim oto kawałkiem masła zwykłego robimy gorącą kąpiel dla marchewki



 Marchewkę wrzucamy do wrzątku (bez soli) i gotujemy dokładnie 15 minut - by była twardawa. Ofkorsik przy większych rozmiarach marchewki uprasza się o zwiększenie czasu gotowania marchewy.



Doglądamy ziemniaków , na chwilę zapominamy o marchewce i zabieramy się za mięso.
Poniżej mamy przykład dobrego mięcha na steka - nie za gruby, nie za chudy, w sam raz :]



Z plastra polędwicy wycinamy błony i tłuszcz. Dietetyczne danie to nie będzie, ale nadmiar tłuszczu źle robi na oczy, więc się go pozbywamy.



I odstawiamy mięsko do lodówki.

Tymczasem zabieramy się za szparagówkę, która uprzednio pozbawiłem fiucików z tyłu i z przodu.
Fasolkę także wrzucamy na wrzątek z o połowe mniejszym kawałkiem masła niż ten który ciepneliśmy do garka z marchewką i leciutko solimy.
Po 2-3 minutach dolewamy łyżkę octu - by fasolka kolor miała krwiście zielony. O ile zielony krwisty być może. Gotujemy 5-6 minut i natychmiast odcedzamy i przelewamy zimną wodą.



W tym mniej więcej momencie marchewka powinna się ugotować i jeśli minęło 15 min, zestawiamy garnek z marchewką z ognia. Jeśli równocześnie gotujecie ziemniaki, także warto by było zerknąć do nich (skąd wy tyle garnków macie?? )

Wracamy do mięsiwa:
By stek zachował w sobie wszystkie fajne soki i był sprężysty musimy go delikatnie rozbić. Robimy to pięścia - chodzi o to by nie porozrywać włókien mięsa za bardzo - więc delikatnie piąstką go trzepiemy.
Staramy się także by stek był mniej więcej o tej samej grubości - na całym przekroju. Steka oczywiście.



Rozbity stek powinien o jakieś 30-40% zwiększyć swą powierzchnię. Mniej więcej tak jak na obrazku.
Obrazek steka skruszonego :



Drugi obrazek, bo fantazję fotograficzną tego wieczora miałem:



Lekko rozpłaszczonego steka posypujemy kruszonym pieprzem - świetny do tego będzie czarny pieprz lub także ziarna zielonego pieprzu będa się genialnie komponować. Sypiemy do woli. Ja posypałem dokładnie tyle ile lubię:




Gdy już mięso mamy przygotowane do smażenia, marchewkę ugotowaną i fasolkę także, pora zabrać się do finalnego przygotowywania dania.

Na początek spreparujemy ugotowane ziemniory, czyli dodamy do nich kawałek masła , trochę siekanej pietruszki i dosolimy do smaku. I zrobimy z tego coś w formie puree. Można dodać trochę czosnku -ale z tym radzę uważać, by ten czosnek nie zdominował smaku całej potrawy. I widelcuchem ugniatamy :


Z powyższych składników musi nam wyjść papka. Możliwie najgęstsza - czyli z masłem przesadzić nie można. Jeśli ktoś nie preferuje masla, polecam zamiast tego śmiercionośnego produktu użyć łyżki gęstej,sztywnej i kwaśnej śmietany - rewelka!



Papkę nakładamy  na samym począteczku wspomnianego papkownika kartoflanego i formujemy krążki. Generalnie możecie formować sobie nawet gwiazdki, w sumie nic mi do tego :D



Sobie uformowałem 4 krążki, które za chwile poddamy dalszej obróbce.



No to odpalamy patelnie!
Na pierwszy rzut idzie patelnia do grilowania:



Na drugim palniku na mały ogień wstawiamy patelnię właściwą na steka - i wrzucamy 2 spore łyżki masła klarowanego - niech się powoli rozgrzewa...




I teraz zaczyna się najtrudniejszy moment całej operacji : równoczesne operowanie dwoma patelniami. Oczywiście sprawę można uprościć i warzywa wcześniej usmażyć bądź nawet upiec - ale ja ide w zaparte i będę grilował.
Patelnie na warzywa delikatnie smarujemy masłem  i rozgrzewamy na maxa. Gdy masło zacznie dymić lekko -   delikatnie wkładamy krążki ziemniaczane i układamy resztę warzyw. Krążki ziemniaczane powinny syczeć przy zetknięciu z patelnią - albo i nawet skwierczeć. Lekko solimy - bardzo lekko.






W tym czasie rozgrzewamy patelnię na steki na maksymalnym ogniu i czekamy aż masło klarowane będzie się prawie paliło.
Wrzucamy steka (na obrazku dwa steki, bo ja strasznie stekożerny jestem) i ustawiamy budzik/stoper na 2 minuty i 10 sekund. - powinno to wszystko w cholere dymić, skiwerczeć ,strzelać i piszczeć - dlatego najlepiej patelnię nakryć specjalną siatką anty bryzgalną. W Ikea takie mają.



Gdy stek skwierczy ,dymi, piszczy i stęka, doglądamy warzyw i przewracamy krążki ziemniaczane - to dosyć delikatna materia, więc uważac musimy - najlepiej przekręcać ziemniory jakaś cienką łopatką. Tylko delikatnie mi tam!!

Stek skwierczy radośnie!


A warzywka przekręcone:



Dokładnie po 2 min i 10 sek przewracamy steka i dopiero w tym momencie solimy już usmażoną stronę.
I nastawiamy kolejne 2 minuty i 10 sekund


Gdy budzik zapiszczy, solimy druga stronę steka i ściągamy od razu na talerz i układamy warzywa.
W tym momencie najlepiej schować się pod stolik albo zaszyć w jakiejś puszczy by w spokoju skonsumować steka:)

I ostatnia dygresja dotycząca długości smażenia. Poniżej widzicie produkt finalny - dokładnie taka konsystencję steka lubie - prawie wysmażony ,jednak z odrobiną różowości w środku i ewidentnie soczystego. Stąd dokladnie 2 min 10 sekund na każdą ze stron smażenia - ale proszę pamiętać ze na różnych patelniach i różnych kuchenkach może to trochę inaczej wyglądać. Generalnie polecam właśnie tych 70 sekund smażenia się trzymać i ewentualnie modyfikować wedle swoich smakowych oczekiwań.

Prawda , że rewelacyjne?

Allelujah!!!


15 kwietnia 2011

Będzie stek!

Czy tam "steak" .. Nie wiem czemu byłem prawie przekonany, że wskazówki jak udanego steka zrobić dawno temu zamieściłem.. A tu zonk.
W takim bądz razie już wiem co w weekend sobie pojem - steka w kruszonym pieprzu z grilowanymi warzywami!
Zakupcie kawał polędwicy wołowej (pieprzyć kryzys - ma być piękna,droga i cudowna!), pare marchewuniek malutkich , troche innego zielska i jakieś małe ziemniaczki - zrobimy ucztę!

28 marca 2011

Brak Tematu, bo temat nie warty uwagi.

Nie irytuje Was to to tło?
Mnie zirytowało właśnie i postanowiłem zmienić na coś czytelniejszego..

25 marca 2011

6. "Maryjanny" Placek wersja De Luxe

Bo Maryjanna to moja babcia była! I ten placek takim hołdem dla Babci Marysi jest. Babci zawdzięczam masę rzeczy ale te przeze mnie najmocniej zapamiętane to smaki suszonej kiełbasy, wiejskiego nabiału (nikt już takich twarogów nie robi!), warzywek "zza stodoły", placków i placuszków, ciasteczek i racuszków, smak gruszczanki! itd itp.. Poza tym , patrząc na nowy mebel w domu : akwarium, muszę przyznać ,że babci też zawdzięczam największą akcje sponsorską wspierającą zakup sporego akwarium i wyposażenia doń.. Masę lat się dziwiłem skąd babcia tyle kasy miała...

Najzajebistsza Babcia pod słońcem - w skrócie NBpS ,czyli :Ostoja spokoju, azymut dobroci  i  miłość wcielona, piekła placki. Oczywiście nie tylko piekła i nie tylko placki. Ale ,że jej mąż a mój dziadek - dziadek Gienek- ew dziadek Euhenio - uwielbiał słodycze i między innymi wszelakiej maści placki, to chyba te słodkości zapamiętałem najbardziej. A może dlatego, że były to wyroby mocno limitowane.

 W takim pogiętym,obtłuczonym, popalonym, z pękniętym i osmolonym wiekami wypieków "wizjerkiem" , prodziżu piekła .. Bo to elektryczne urządzenie chyba tak się nazywa : Prodziż ?
Generalnie rzecz ujmując Babcia (czyli NBpS) piekła ten placek z tego co akurat pod ręką na podwórku/sadzie/spiżarni znalazła.. Stąd placek ten można by pochwałą prostoty nazwać i geniuszem smaku. Bo prosty jest a skuteczny.Jest tak skuteczny ,ze... no jak Cholera jest skuteczny i już!
Dziś postanowiłem wam zaprezentować wersję "de luxe" - bo taki kaprys  mam:P . Oczywiście zamiast dzisiejszych głównych smaków jakimi są kwaśne jabłka i czekolada olmościk gorzka, tak naprawdę możemy zrobić to co babcia Marysia robiła zazwyczaj: dodać cokolwiek co akurat wyrosło lub wypadło lub "znalazło się właśnie".. Gruszki, jabłka, śliwki, wiśnie (polecam!), rabarbar, wszelkie inne owoce i mixy takie , które do łebka nam przyjdą... Śmiem twierdzić, że prawdopodobnie ciasto to jako słona otoczka jakiegoś warzywno mięsnego farszu też by przeszło.. Taki mój prywatny kulinarny perpetumobilowy , miodny przepisik!

Do dzieła ziomkowie zatem!

Lista lista lista zapotrzebowań :
- forma w której placek piec będziemy
- garnuszek jakiś do roztopienia masła
- mikser elekrtyczny lub ręczny mieszak wieloczynnościowy

- 5 dorodnych ,kwaśnych jabłek o twardej i zwartej konsystencji
- pół kostki masła bez soli (125gram - dla nieogarniętych)
- jaj sztuk sztery
- cukru szklanka
- szklanek dwie mąki pszennej do wypieków nadającej się
- 2 tabliczki czekolady ( super sprawdza się czekolada gorzka, lub "jedyna" wedla - czekolady mleczne po prostu szybciej się rozpuszczają.. ale praktycznie każda czekolada "nada się" - poza ofkorsik białą i czekoladami nadziewanymi..)
- proszek do pieczenia
- aromat lub cukier vaniliowy or śmietankowy
- bułka tarta w ilości paru łyżek

I tu.. właśnie tu.. w tym momencie , moja Wena precz "pojszła".. Dlategoż zrobiłem sobie przerwę. Ściślej to zacząłem ją własnie w tym miejscu a nie wiem w którym skończę :P
Napiję się troche likierku "43" z cc-olą i być może powrócę..

3 dni później.
Nie powróciłem. Ale chciałem się z wami podzielić moim nowym okryciem kulinarno-smakowym: otóż likierek "43" wręcz wybitnie smakuje z colą i dodatkiem szkockiej i chlustem tonicu. Ale po 4 dużych szklankach ma się kaca-morderce..
Niebawem wróce!

3 tygodnie później.
Oj sorki - macie farta że tej przerwy w wenie ,w czasie to wy nie odczujecie - ja odczułem ..
I chciałbym przeprosić za zdjęcia - są typowo techniczne, czasami nawet myślę ,że obrzydliwe, ale jakoś weny w kuchni też nie miałem. Poprawię się kiedyś!

Do dzieła!!

Po najpierwsze to wrzucamy pół kostki masła do rondello i stawiamy na mały prąd/gaz/wyngiel by się nam masło rozpuściło.Ale nie zagotowało!
 Tips: zdecydowanie lepsze walory smakowe ma masło klarowane.

Po drugie jabłka. Tzw "Kwestia Jabłkowska" : jabłka kwaśne być muszą! Nie żadne tam słodkawe i miękkawe popierdółki - ma to być kwaśne i twarde jabłko!@! Osobiście używam jabłek "Bramley" - są równie dobre do ciasta jak i do pobudki porannej- bo swą kwasotą działają jak kawa.

Jabłka obrać należy.
Obrane jabłko wygląda tak:

31 stycznia 2011

Powakacyjne zapowiedzi!

Po świątecznych trudach i znojach, na szczęście z wygrzanym na wakacjach tyłkiem postanowiłem kontynuować tradycję zapowiedzi. W zasadzie rekultywować :D
Zatem zapowiadam Wam!!
- iż w najbliższym możliwym czasie dodam w końcu obiecane wcześniej ciacho Maryjanny plackiem tejże zwane, oraz w przypływie szaleństwa postaram się dodać przepis na szarlotkę pospolitę ze śmietaną ubitę.
- co do posiłków bardziej mięsnych ,niedawno zaszedł mnie od tyłu, i tak chodzi ciągle za mną przepis na duszono podpiekane żeberuńka z miodem i ziółkiem, na fasolce podane. Tak historycznie "po bretońsku". Co ciekawe, praktycznie przepis francuski jest. No ale niezbadane są wyroki.. Spróbujemy!
- jeśli uda mi się zdobyć przepis od rodzicielki mej zacnej, to z ogromna przyjemnością przedstawię Wam przepis na napój pomarańczowo marchewkowy, który od zawsze na myśl mi przywodzi dzieciństwo i potężną swą moczopędną moc!

Czekajcież więc moi drodzy, a dane Wam będzie!

I żeby nie było tak miło to fotka z wakacji:

PS: najlepsze w życiu mem krótkim spody do pizzy są w sklepie Dino - w mieście Costa Calma!!


31 grudnia 2010

:)

Wszystkiego Najlepsiejszego w Nowym Roku.. Smaków nieziemskich, radości słonecznych, wina pięknego i dobrego Wszystkiego!

17 grudnia 2010

5.Sztokfisz po Ichniemu - czyli Dorsz Portuhese.

W tym straszliwie zimnym, śnieżnym, mroźnym, wietrznym - jednym słowem - nieprzyjemnym czasie , po dość długim okresie braku jakiejkolwiek aktywności blogerowej z mojej strony, postanowiłem dodać przepis równie ciepły co pachnący wakacjami i hmm morzem.
Portugalia - kraj tyleż piękny co ciekawy, królestwo owoców morza, przypraw i przydrożnych bab co oliwki i pomarańcze sprzedają, jest także krajem, który nie wiedzieć czemu uwielbia dorsza. Ni to pływa u ich wybrzeży, ni to nawet w pobliżu, ni to pachnie, ni to świeże do portugali nie dociera - a portugalczycy uparli się by to było ich danie narodowe. Tak podają mądre księgi. Fakt - w marketach śmierdzi na potęgę tym dorszem, ogromne ilości walają się wszędzie i po prostu nie sposób przejść obojętnie obok tych kop różnej maści krajanek,filetów,półtusz,tusz,dzwonków,past i bóg wie co oni tam z tego dorsza mają.
A że ja lubię portugalię (szczerze mówiąc raczej rejon Algarve) i z raz do roku tam się wybieram - postanowiłem przestać bazować na gastronomii (która swoją drogą lekko na psy schodzi ..) i wymyśliłem mym umysłem wielkim sporządzić jadło lokalne jakieś..
Z pomocą przyszła nieceniona rodzina, z która spędzałem akurat te wakacje - nazwijmy ją Państwo Stasiowie - i po zakupie śmierdzącej płachty suszonego dorsza, przyszła kolej na jego przyrządzenie.
Co do samego dorsza - jest to najczęściej suszony w soli morskiej , wyflaczony osobnik, który śmierdzi jak "ja cie nie pierdziu"... W polsce - co ciekawe- już w książce kucharskiej datowanej na rok 1870, pojawia się ta rybka. Do dziś można ją spotkać pod nazwą "stokfisz" - podobno w niezłych sklepach rybnych do kupienia, lub conajmniej do zamówienia - pooooooooooolecam!

Przepis wykoncypowałem wespół z wujkiem gógle, a zapożyczyłem z jednej z małych restauracyjek w Lizbonie:
"BACALHAU a TASCA".
Dokładnie oznacza to: "Suszony dorsz,obsmażony, zapieczony ze smażonymi ziemniakami ,szynką i majonezem, z dodatkiem wspaniałych jabłek i ziół".
Jakiż ten portugalski język jest pojemny!:)

Zapotrzebowanie:
- dorsz suszony, śmierdzący jak jasna cholera - ja zużyłem do tego przepisu ok 1,4 kg - przy czym z tej ilości dorsza powstanie brytfanna zapiekanki, która nasyci się conajmniej 7-8 osób! Także moi drodzy czytacze , ilości spersonalizujcie wedle swoich potrzeb oraz napływu gości.
- plastry szynki suszonej - nie solonej! typu hiszpańsko -portugalsko-śródziemnomorskiego (dokładnie ja użylem Presunto Fatiado)
- jabłka zielone - nie za słodke i nie bardzo kwaśne. Ale kwaśne troche być muszą. Ale nie za bardzo, bo będą za kwaśne, więc choć troche mniej kwaśne i bardziej słodkie ,niż takie mocno kwaśne i w ogóle nie słodkie. sztuk kilka.
- ziemniory kartofłami  zwane w ilości odpowiedniej, a więc pokrywającej szczelnie dno naczynia w którym zapiekać danie owo zamierzamy.
- cebulla sztuk dwie
- kilka ząbków czosnku
- natka pietruszki
- oliwa z oliwek
- słoikum majonezum
- gar duży w celu namaczania tego co namoczone być powinno
- naczynie wyżej już wspomniane, w którym zapiekać będziemy , to co zapieczone być powinno!

Generalnie to chyba powinienem zacząć od faktu namoczenia. Bo by rybka do spożycia się nadawała namoczyć ją trzeba - im grubsze płaty, tym dłużej. Na zdjęciach poglądowych (za których jakość przepraszam, ale w warunkach hotelowo-pokojowych nie dysponowałem aparatem o lepszych parametrach aparacianych niźli mój telefon) uwidoczniony został kawał dorsza , który namaczaniu podlegał ok 18 godzin, i teraz wiem ze to o jakieś 18 godzin za krótko było - był trochę za słony. Polecam więc ok 48 godzin dorsza namaczać - zawsze bydlaka dosolić można...

Posiłkowałem  przepisem "ściennym":

i napojem wysokoenergetycznym, gdyż wakacje to wyczerpująca sprawa :

3 listopada 2010

Rozterka przy Martini :]

Właśnie się rozterkuję w temacie dodania powakacyjnych przepisów... Dokładnie rozmyślam o suszonym dorszu we stylu portugalskim, którego miałem okazję i robić i próbować (bo zdarzało się w mym żywocie, iż gotując daną potrawę nie zdążyłem jej spróbować ! ) w Portugalii. Ta tak śmierdząca co popularna ryba, jest chyba praktycznie niedostępna w Polsce , choć w starych przepisach znalazłem ją pod pozycją"sztokfisz na sposób portugalski" - więc drodzy czytacze zagłosujcie swymi rączetami za albo przeciw zapiekance z dorsza z jabłkami i ziemniakami :]

Drugim przepisem, który towarzyszył mi i moim towarzyszom przez niemal cały okres tych zdecydowanie za krótkich wakacji w Portugalii był.. "Moijto" ! Może to i nie chwalebne, ale wykonanie pysznego Moijto doprowadziłem do perfekcji! Ani to trudne ,ani specjalnie kosztowne, a drink ten dla rozluźnienia obyczajów powinien być co najmniej po każdej mszy niedzielnej spożywany! I chyba któregoś pięknego weekendu pokuszę się o fotki i zapodam Wam przepis!

A teraz idę dalej rozkoszować się moją lekką opalenizną !
Ciao:)

20 października 2010

Mazidło z groszku najzieleńszego , czosnku i wielości masła powstałe!

Jakem obiecał, takem operację stwórczą rzeczonego mazidła uskutecznił... Mam nadzieję, iż moi koledzy ze wschodu uradują się niezmiernie a ich podniebienia kontent będą. Do dzieła zatem!

Zanim swe kulinarne umiejętności prezentować Wam tu - moi drodzy nieszczęśnicy - zacznę , pokatuję Was opowieściami o mazidle. Etymologii, historii, składu organoleptycznego i inszych inszości , które w moim chorym umyśle z pewnością zaraz się uskutecznią..:
- do czego służy mazidło? - mazidło służy do wszystkiego, ale najlepiej smakuje z bagietką. Lub inszym pieczywem. Lub z czymkolwiek innym. Mazidło jest uniwersalne, niebanalne i może być używane w celach i proporcjach jakie tylko sobie wymyślicie. Oczywiście kompletnie żadnej odpowiedzialności nie ponoszę, za sposoby użytkowania przez Was oraz powstałe skutki... Czegokolwiek i jakiekolwiek.

Ten "smar groszkowy" o którym dziś mowa, z pewnością powstał we Francji. Przynajmniej ja ten smak poznałem własnie we francji , a dokładnie w okolicach Lille. I nie sądzę by to był jakiś lokalny przysmak.. Po prostu w tamtych rejonach mieszka me wujostwo, a dokładnie wujek, sztuk jeden, i przy okazji którychś odwiedzin po prostu ten zacny człek mi zaserwował to istne cudo. Myślę sobie iż niebanalność tego dodatku bagietkowego wynika po części z niebanalności mego zacnego wuja, którego w mojej rodzinie zwykło nazywać się "Żaluk". :) (i zagadka: od jakiego imienia ta ksywka pochodzi??:> )
Uwielbiam przebywać u mojego wuja - bo i francja pełna niesamowitych smaków jest, i sama kultura kulinarna i jedzenia - biesiadowania wręcz, mnie pociąga. Dodatkowym kolorytem tych z wujem chwil wspólnie spędzonych jest jego nieznajomość polskiego, a moja francuskiego.. Mówię Wam, jak to na wyobraźnie działa!!