31 stycznia 2011

Powakacyjne zapowiedzi!

Po świątecznych trudach i znojach, na szczęście z wygrzanym na wakacjach tyłkiem postanowiłem kontynuować tradycję zapowiedzi. W zasadzie rekultywować :D
Zatem zapowiadam Wam!!
- iż w najbliższym możliwym czasie dodam w końcu obiecane wcześniej ciacho Maryjanny plackiem tejże zwane, oraz w przypływie szaleństwa postaram się dodać przepis na szarlotkę pospolitę ze śmietaną ubitę.
- co do posiłków bardziej mięsnych ,niedawno zaszedł mnie od tyłu, i tak chodzi ciągle za mną przepis na duszono podpiekane żeberuńka z miodem i ziółkiem, na fasolce podane. Tak historycznie "po bretońsku". Co ciekawe, praktycznie przepis francuski jest. No ale niezbadane są wyroki.. Spróbujemy!
- jeśli uda mi się zdobyć przepis od rodzicielki mej zacnej, to z ogromna przyjemnością przedstawię Wam przepis na napój pomarańczowo marchewkowy, który od zawsze na myśl mi przywodzi dzieciństwo i potężną swą moczopędną moc!

Czekajcież więc moi drodzy, a dane Wam będzie!

I żeby nie było tak miło to fotka z wakacji:

PS: najlepsze w życiu mem krótkim spody do pizzy są w sklepie Dino - w mieście Costa Calma!!


31 grudnia 2010

:)

Wszystkiego Najlepsiejszego w Nowym Roku.. Smaków nieziemskich, radości słonecznych, wina pięknego i dobrego Wszystkiego!

17 grudnia 2010

5.Sztokfisz po Ichniemu - czyli Dorsz Portuhese.

W tym straszliwie zimnym, śnieżnym, mroźnym, wietrznym - jednym słowem - nieprzyjemnym czasie , po dość długim okresie braku jakiejkolwiek aktywności blogerowej z mojej strony, postanowiłem dodać przepis równie ciepły co pachnący wakacjami i hmm morzem.
Portugalia - kraj tyleż piękny co ciekawy, królestwo owoców morza, przypraw i przydrożnych bab co oliwki i pomarańcze sprzedają, jest także krajem, który nie wiedzieć czemu uwielbia dorsza. Ni to pływa u ich wybrzeży, ni to nawet w pobliżu, ni to pachnie, ni to świeże do portugali nie dociera - a portugalczycy uparli się by to było ich danie narodowe. Tak podają mądre księgi. Fakt - w marketach śmierdzi na potęgę tym dorszem, ogromne ilości walają się wszędzie i po prostu nie sposób przejść obojętnie obok tych kop różnej maści krajanek,filetów,półtusz,tusz,dzwonków,past i bóg wie co oni tam z tego dorsza mają.
A że ja lubię portugalię (szczerze mówiąc raczej rejon Algarve) i z raz do roku tam się wybieram - postanowiłem przestać bazować na gastronomii (która swoją drogą lekko na psy schodzi ..) i wymyśliłem mym umysłem wielkim sporządzić jadło lokalne jakieś..
Z pomocą przyszła nieceniona rodzina, z która spędzałem akurat te wakacje - nazwijmy ją Państwo Stasiowie - i po zakupie śmierdzącej płachty suszonego dorsza, przyszła kolej na jego przyrządzenie.
Co do samego dorsza - jest to najczęściej suszony w soli morskiej , wyflaczony osobnik, który śmierdzi jak "ja cie nie pierdziu"... W polsce - co ciekawe- już w książce kucharskiej datowanej na rok 1870, pojawia się ta rybka. Do dziś można ją spotkać pod nazwą "stokfisz" - podobno w niezłych sklepach rybnych do kupienia, lub conajmniej do zamówienia - pooooooooooolecam!

Przepis wykoncypowałem wespół z wujkiem gógle, a zapożyczyłem z jednej z małych restauracyjek w Lizbonie:
"BACALHAU a TASCA".
Dokładnie oznacza to: "Suszony dorsz,obsmażony, zapieczony ze smażonymi ziemniakami ,szynką i majonezem, z dodatkiem wspaniałych jabłek i ziół".
Jakiż ten portugalski język jest pojemny!:)

Zapotrzebowanie:
- dorsz suszony, śmierdzący jak jasna cholera - ja zużyłem do tego przepisu ok 1,4 kg - przy czym z tej ilości dorsza powstanie brytfanna zapiekanki, która nasyci się conajmniej 7-8 osób! Także moi drodzy czytacze , ilości spersonalizujcie wedle swoich potrzeb oraz napływu gości.
- plastry szynki suszonej - nie solonej! typu hiszpańsko -portugalsko-śródziemnomorskiego (dokładnie ja użylem Presunto Fatiado)
- jabłka zielone - nie za słodke i nie bardzo kwaśne. Ale kwaśne troche być muszą. Ale nie za bardzo, bo będą za kwaśne, więc choć troche mniej kwaśne i bardziej słodkie ,niż takie mocno kwaśne i w ogóle nie słodkie. sztuk kilka.
- ziemniory kartofłami  zwane w ilości odpowiedniej, a więc pokrywającej szczelnie dno naczynia w którym zapiekać danie owo zamierzamy.
- cebulla sztuk dwie
- kilka ząbków czosnku
- natka pietruszki
- oliwa z oliwek
- słoikum majonezum
- gar duży w celu namaczania tego co namoczone być powinno
- naczynie wyżej już wspomniane, w którym zapiekać będziemy , to co zapieczone być powinno!

Generalnie to chyba powinienem zacząć od faktu namoczenia. Bo by rybka do spożycia się nadawała namoczyć ją trzeba - im grubsze płaty, tym dłużej. Na zdjęciach poglądowych (za których jakość przepraszam, ale w warunkach hotelowo-pokojowych nie dysponowałem aparatem o lepszych parametrach aparacianych niźli mój telefon) uwidoczniony został kawał dorsza , który namaczaniu podlegał ok 18 godzin, i teraz wiem ze to o jakieś 18 godzin za krótko było - był trochę za słony. Polecam więc ok 48 godzin dorsza namaczać - zawsze bydlaka dosolić można...

Posiłkowałem  przepisem "ściennym":

i napojem wysokoenergetycznym, gdyż wakacje to wyczerpująca sprawa :

3 listopada 2010

Rozterka przy Martini :]

Właśnie się rozterkuję w temacie dodania powakacyjnych przepisów... Dokładnie rozmyślam o suszonym dorszu we stylu portugalskim, którego miałem okazję i robić i próbować (bo zdarzało się w mym żywocie, iż gotując daną potrawę nie zdążyłem jej spróbować ! ) w Portugalii. Ta tak śmierdząca co popularna ryba, jest chyba praktycznie niedostępna w Polsce , choć w starych przepisach znalazłem ją pod pozycją"sztokfisz na sposób portugalski" - więc drodzy czytacze zagłosujcie swymi rączetami za albo przeciw zapiekance z dorsza z jabłkami i ziemniakami :]

Drugim przepisem, który towarzyszył mi i moim towarzyszom przez niemal cały okres tych zdecydowanie za krótkich wakacji w Portugalii był.. "Moijto" ! Może to i nie chwalebne, ale wykonanie pysznego Moijto doprowadziłem do perfekcji! Ani to trudne ,ani specjalnie kosztowne, a drink ten dla rozluźnienia obyczajów powinien być co najmniej po każdej mszy niedzielnej spożywany! I chyba któregoś pięknego weekendu pokuszę się o fotki i zapodam Wam przepis!

A teraz idę dalej rozkoszować się moją lekką opalenizną !
Ciao:)

20 października 2010

Mazidło z groszku najzieleńszego , czosnku i wielości masła powstałe!

Jakem obiecał, takem operację stwórczą rzeczonego mazidła uskutecznił... Mam nadzieję, iż moi koledzy ze wschodu uradują się niezmiernie a ich podniebienia kontent będą. Do dzieła zatem!

Zanim swe kulinarne umiejętności prezentować Wam tu - moi drodzy nieszczęśnicy - zacznę , pokatuję Was opowieściami o mazidle. Etymologii, historii, składu organoleptycznego i inszych inszości , które w moim chorym umyśle z pewnością zaraz się uskutecznią..:
- do czego służy mazidło? - mazidło służy do wszystkiego, ale najlepiej smakuje z bagietką. Lub inszym pieczywem. Lub z czymkolwiek innym. Mazidło jest uniwersalne, niebanalne i może być używane w celach i proporcjach jakie tylko sobie wymyślicie. Oczywiście kompletnie żadnej odpowiedzialności nie ponoszę, za sposoby użytkowania przez Was oraz powstałe skutki... Czegokolwiek i jakiekolwiek.

Ten "smar groszkowy" o którym dziś mowa, z pewnością powstał we Francji. Przynajmniej ja ten smak poznałem własnie we francji , a dokładnie w okolicach Lille. I nie sądzę by to był jakiś lokalny przysmak.. Po prostu w tamtych rejonach mieszka me wujostwo, a dokładnie wujek, sztuk jeden, i przy okazji którychś odwiedzin po prostu ten zacny człek mi zaserwował to istne cudo. Myślę sobie iż niebanalność tego dodatku bagietkowego wynika po części z niebanalności mego zacnego wuja, którego w mojej rodzinie zwykło nazywać się "Żaluk". :) (i zagadka: od jakiego imienia ta ksywka pochodzi??:> )
Uwielbiam przebywać u mojego wuja - bo i francja pełna niesamowitych smaków jest, i sama kultura kulinarna i jedzenia - biesiadowania wręcz, mnie pociąga. Dodatkowym kolorytem tych z wujem chwil wspólnie spędzonych jest jego nieznajomość polskiego, a moja francuskiego.. Mówię Wam, jak to na wyobraźnie działa!!

10 października 2010

Masło Klary czyli o klarowaniu masła w niewyszukany sposób..

Masło jakie jest każdy widzi. Masło jest dobre , smaczne i .. i starczy!
Najwięksiejszym problemem masła jest fakt że dymi się. Dymi się jak cholera. Oczywiście nie w stanie skupienia znanym nam z markietu - dymi się jedynie za długo i mocno podgrzewane. Ma to swój urok jakiś zapewne , ale przy wykonywaniu akrobacji kulinarnych choćby z taką wołowinką, jest to raczej ujemny minus niż dodatni plus.

Dlatego dziś postanowiłem zapodać Wam sposób na "Dodatni minus ułomności masła".
Nazywa się to fachowo (książki tak mają napisane) klarowaniem masła. Po cóż więc te masło klarować?.
Otóż po primo masło sklarowane jest zdecydowanie zdrowsze - wręcz w niektórych kulturach uważane jest za afrodyzjak. Po primo primo względy praktyczne - masło klarowane ,pozbawione w ten sposób białek,śmietany,śmieci i co tam jeszcze mamy w maśle, o wiele dłużej możemy przechowywać. W lodówce podobno nawet do dwóch lat.. Ale to trzeba być skończonym debilem chyba, żeby sobie klarować masło po to tylko, by stało w lodówce dwa lata.. Tak czy siak - nie pleśnieje, nie jełczeje i nie śmierdzi.
Primo primo primo : masło klarowane ma o wiele delikatniejszy smak i aromat. A to plus.
Primo primo primo secundo : i w końcu najważniejsze - sklarowane masło można podgrzewać do temperatur nie obcych olejom wszelakim czy czystym tłuszczom zwierzęcym (smalec mam na myśli) - czyli tak naprawdę właśnie o to nam chodzi - uzyskać masło na którym ,bez obaw wizyty zastępu ochotniczej straży pożarnej , możemy śmiało smażyć steki, rybki, warzywka i co tam nam do główki przyjdzie.
Technologicznie rzecz ujmując klarowanie masła to nic innego jak przetapianie go i "wypalanie" pozostałości śmietany i innych taki co tam w tem maśle pozostają i powodują min. ułatwione rozsmarowywanie .. masła rzecz jasna.

Do dzieła !
Do sklarowania masła oczywiście niezbędnym będzie samo masło. Przeciętnie z 250 gram masła po sklarowaniu otrzymujemy ok 150-200 gram czystego tluszczu - a to wszystko zależy od jakości masła i ilości tłuszczu w nim zawartego. Polecam przeczytać opakowanie(masła a nie moje) - najwłaściwszym wydaje się masło z ilością tłuszczu powyżej 80%. Straszne, prawda?

Niezbędnym też wydaje się rondel z grubszym dnem - w innym przypadku po prostu będziemy musieli poświęcić nieco więcej uwagi masłu..

A oto i masło w rondlu - bo tą czynność wykonać trzeba najpierw: wyjąc kostkę masła z papierka i wrzucić do rondelka:


4 października 2010

Zapowiedzi.

Polskim zwyczajem zaprowadzam nową (świecką ofkorsik) tradycyje i umieszczać będę zapowiedzi. Nie ważne czego czy kogo, po prostu będę zapowiadał. To takie niespełnione marzenie z dzieciństwa by zapowiadać "Pankracego" :) (osoby młodsze mogą sobie w wikipedii sprawdzić o czym wujek Daniel pisze).

Niniejszym zapowiadam , iż lekko ni będzie i w planach na najbliższą najbliższość mam :
- jak domowym sposobem przy minimalnych stratach w ludziach masło sklarować bez Klary
- jakim cudem uzyskać masę czochową będącą niezbędną oczywistością
- przedstawię Maryjannę i słynny jej Placek o którego bycie pojęcia Maryjanna nie ma

9 pazdziernika ad 2010
Na żądanie braci ze wschodu a dokładnie ze Szczecina , zawarte w błagalnym liście datowanym dniem dzisiejszym który mroźnym jest (13 stopni C), w najbliższym możliwym czasie dodam także niezbędną niezbędność - czyli mazidło do mazidłowania bagetek i ynnym wyrobów piekarskich z groszku zielonego i masła wzięte!

Dodam także iż być prawdopodobnie może z najbliższych wakacji przywiozę ciekawe przepisy kuchni portugalskiej. O ile z winiaczem nie przesadze :P




gotujcie się więc czytacze , będzie gorąco!

29 września 2010

4.Królewskie maślaki z plebejską cebulą ! Ole!

"Dobry grzyb - to martwy grzyb!"

Dzieki uprzejmości państwa Ynzynerostwa z Glasvegas ,któregoś zamirzchlego poniedziałku wybrałem się ok. godziny 17 stej na poranne grzybobranie.Niestety z powodów ode mnie nie zależnych nie pojawiła się na nim Królowa, ale za to większą radością napawała mnie obecność Pani i Pana Ynżynerostwa - szczególnie, że kto jak kto ale Oni to na grzybach znają się. Ja zaś wiem tyle żeby nie zbierać grzybków z kropkami..
Zaś dzieki niewątpliwej uprzejmości krolowej Elżbiety II ,która niestety nie reflektowala na smaczne grzybki i nie pojawila się na kolacji (pisala ze jakies wazne powody rodzinne), grzybki z jej lasu pojawily się w mojej kuchni.
Tak tak , zezarlem własność krolowej wielkiej Brytanii. I zyje. J

Oto efekt grzybobrania .. dodam ze było srednio owocne gdyz susza 2 dniowa nawiedzila Szkocje i nie padalo.. W lesie pelno było maślaków w  dość dobrym stanie i maaaasę innej maści grzybow w stanie nie nadającym się już do spożycia. Spożycia przeze mnie :]

Do tej prostej ale jakze skutecznej potrawy potrzebujemy :

Maślaki
Cebule
Masło niesolone and  czosnek.

Generalnie ilości SĄ na oko, ale mniej wiecej na zdjęciach widac ile czego zużyłem - wszystko zależy od tego jak bardzo przepadacie za cebulą i czochem!




Grzybki należy wyłożyć wszystkie na stól, i nalewajać sobie jakiegoś dobrego trunku ,delektować się ich widokiem i zapachem!


Spotkanie z królową Elżbietą II !



Niespodziewanie dla mnie samego popularność bloga ,którego masz okazję czytać najdroższy czytaczu, przerosła najśmielsze oczekiwania. Szczególnie , iż w tym względzie oczekiwań żadnych nie miałem, choć nie powiem – mile łechce to moje próżne acz czułe podniebienie :]
            W setkach e-maili z gratulacjami i prośbami o występy dla szerszego grona publiczności – co jak wiadomo z moją facjatą nie do końca smakowite by było , znalazła się wiadomość z dworu królowej
Elżbiety II. !! Tak tak!
Królowa doceniając mój wkład w propagowanie polskiej kultury na wyspach oraz asymilację wzajemną obu kultur kulinarnych zaprosiła mnie na niezobowiązującą herbatkę do jej letniej rezydencji w Edinburghu. Gdyż akurat tu była. I rozumiejąc moje zaangażowanie w degustacje różnych lokalnych alkoholi i związany z tym brak czasu ,pozwoliła mi wybrać dogodny termin i okoliczności… Pojawił się szalony problem, gdyż ani nie posiadam jakiejś ładnej garsonki jak królowa, ani żadnego fraku.. Oficjalne ciuchy zatem odpadały, gdyż już legendarny jest mój brak płynności finansowej… Postanowiłem zatem spotkać się z królową w lesie. Bo ma dużo lasów, a przy okazji swoją łamaną angielszczyzną wyjaśniłbym , iż grzybobranie dla każdego Polaka jest niezbywalną częścią wolności. No i prawdopodobnie te pięć minut które pewnie mielibyśmy na rozmowę szybko i bezstresowo by minęło. No i odpadały „wieczorowe ciuchy”..
Przygotowałem się: znalazłem najbliższy las (okolice jeziora loch lomond) który jest własnością królowej i do którego można dojechać autem, przygotowałem na wszelki wypadek 8 minutowe wystąpienie, wypastowałem gumiaki , wziąłem najmniej pogniecioną reklamówke … i pojechałem.

Las piękny, szczególnie w godzinach mego porannego , pierwszego Szkocji grzybobrania – czyli ok. godziny 17 stej. Piękne słoneczko, zero deszczu – jak na Majorce normalnie.. Czekam i czekam, w końcu się zezłościłem i zadzwoniłem do sekretarza królowej, bo sam przecież jak kołek nie będę stał w tym lesie z tymi świecącymi gumiakami..
Dzwonie. Po 5 minutach wymiany uprzejmości dowiaduję się o zgrozo , że królowa nie przybędzie! Okazało się , że zupełnie wypadł jej z głowy fakt iż ma ważne spotkanie. Z moją niewielką znajomością angielskiego i używając namaszczystej gestykulacji zrozumiałem tyle , że wpadł jakis Benek; Benediktus ,chyba z 16 kolegami.Albo po 16 stej.. no coś z liczbą "16" Skojarzyłem , że chyba ten pałac letni jest do remontu , i że to pewnie po to tyle tych Benedyktów. Coś tam mówiła o kościele, więc pomyślałem ,że to grubsza robota ten remont…Górale jacyś czy jak cholera..
W każdym razie zdążyłem jeszcze zapytać czy mogę trochę tych grzybków sobie wziąć i zaprosiłem królową na smażone grzybki wieczorem. Oczywiście w ramach przeprosin miała postawić jakaś flaszeczke ze swoich zapasów..

I tak oto zostałem sam na sam z moimi świecącymi gumiakami, w jakimś głuchym lesie i bez królowej.
Zorganizowałem sobie towarzystwo i poźną nocą wróciłem do domu z pełną siatką grzybków!

W nocy doczytałem , że właśnie miała miejsce wizyta papieża w Edynburgu. No tak, ten to miał ładną wieczorową sukienkę..


A co zrobiłem z grzybków poczytacie później J

28 sierpnia 2010

3.Udka w Coca-Coli? Why not! :)

Po trudnych i zapewnie z przydługimi wstępami przepisach, nadszedł czas by przedstawić coś faktycznie jednogarnkowego i prostego. Na "domówki" jak znalazł !

Sponsorem dzisiejszego przepisu jest Chińska Republika chyba Ludowa jeszcze i gastryczny koncern : Coca-Cola. Oraz pomniejsze firmy.. :)

Danie dzisiejsze jest wybitnie azjatyckie - udka kurczaczkowe gotowane w coca-coli i sosie sojowym.
Potrawę tą - jakże aromatyczną, spożyłem pierwszy raz u mnie w domu, kilka lat wcześniej. Swego czasu pracowałem z dwoma dziewczynami z Chin - imion nie pomne, tak jak ich wyglądu, gdyż wstyd się przyznać ale nie rozróżniałem tych dziewuch. Prawdopodobnie spotykając je na ulicy w życiu ich bym nie poznał. No taki mam urok.
W każdym bądź razie kiedyś padła propozycja wspólnej degustacji win europejskich (heh-a po co mam po imieniu nazywać międzynarodową imprezę) i w międzyczasie przyplątała się idea zakosztowania kilku "domowych" przepisów wyżej rzeczonych dziewczyn.
Jako że pochodziły z dwóch odległych rejonów tego przepastnego kraju - miałem radochę popróbować ich naprawdę rodzinnych i domowych dań - straszliwie różniących się od siebie. Jednym z nich były właśnie udka w znanym wszystkim płynie gotowane. Z opowiadań autorki tego dania wynikało, iż takie danie - tzn udka, lub skrzydełka gotowane w coca coli, jadają mniej więcej na zasadzie naszego polskiego niedzielnego rosołu lub pieczonego kurczaka. Chińczycy to maja fantazje :]

Do sporządzenia tego łamiącego wszelkie logiczne zasady obowiązujące w naszej kuchni DANIA potrzebujemy:

- 8 udek, pałkami zwanymi (na zdjęciu zobaczycie o co mi chodzi)
- ok 2 litrów coca-coli - i to musi być coca-cola a nie hoop-cola, hellena-cola czy inna pepsi
- ciemny sos sojowy w ilości ok 250ml
- cytrynę cytrynową o powabnym spojrzeniu i mięsistym ciałku
- 3-4 ząbunie czosnuniu
- łolej jakiś
- wodę z kranu cieknącą

-gar duży i przepastny a nie dziurawy
-naczyń jakowyś do zapieczenia

1. Udka. Udka nieżywe być muszą. Żywe udka sprawiają kłopoty techniczne uciekaniem swym i zadziornością, tak więc o nieżywość udek się uprasza.
Udka mogą być z powodzeniem zastąpione skrzydełkami,ale że dziś mamy odcinek "na bogato" to gościom mniej obgryzania a więcej mięsiwa zapodamy.
Udka należy z piór doczyścić i inne niedoskonałości usunąć, gdyż pierzem zabłąkanym zadławić gościa możemy. A goście to jak wiadomo wredne istoty i jeszcze by na jakiś dyskomfort z tego powodu narzekały.

Na ilustracyji poniżej udka zabite,oskubane i nieżywe jak jasna cholera! :